Analogowo / by Konrad Jakubowski

Ostatnio dużo na Internecie obijam się o teksty w których autorzy przekonują o tym, jak ważne jest by fotograf chociaż raz liznął trochę fotografii analogowej. Że klisza to jest inny świat, a mieszanie koreksem to taka frajda że yo-yo przegrywa. No i najczęstszy slogan, mój ulubiony ( panie! ) negatyw to ma dusze!  uwielbiam!  Magia ciemni, czerwonej żarówki i wiszących na sznurkach odbitek istnieje niestety nie tylko w głowach ludzi którzy się fotografia nie zajmują, ale też wśród fotografów którzy analoga nigdy nie lizneli. Pytanie jest zasadnicze, czy każdy faktycznie powinien spróbować? czy to coś daje? czy czegoś cie nauczy?

Nowy York, 2007. 

 

Na wstępie, moja perspektywa na ten temat może być odosobniona. Robię zdjęcia już całkiem długo a temat analoga co jakiś czas do mnie wraca i zawsze niestety dochodzę do tych samych wniosków. Owszem szkoła analoga daje dużo, ale nie w wydaniu które jest powszechne w internecie i do którego namawia cie prasa branżowa. Nie chcę brzmieć prześmiewczo, po prostu zawsze byłem bardzo odporny na hasła z gatunku "fotografia analogowa ma duszę, jest wyjątkowa i nie powtarzalna" Dobre zdjęcie ma duszę, coś co do ciebie przemawia, złe zdjęcie to złe zdjęcie i nie ważne czy jest na filmie czy nie,  nośnik na którym jest zrobione? i kolory które daje ten nośnik/ziarno na pewno nie daje zdjęciu duszy, może odrobinę obrazek kolodionowy, ale na pewno nie negatyw. 

Jest w moim gronie kilku maniaków analogów, jednego bardziej kręci sam film i fotografowanie nim a drugiego bardziej bo optyka i aparaty analogowe. Drugą grupę rozumiem bardziej niż pierwszą i chyba nigdy nie pojmę o co z tym filmem chodzi. Żeby nie było że nie wiem o czym mówię, zaczynałem robić zdjęcia analogiem i przerobiłem kilka aparatów zanim się kliszą pożegnałem. Parę lat minęło zanim dorwałem w swoje ręce pierwszą lustrzankę cyfrową dla mas czyli obecnie już wintydzowy model Nikon'a D100 (bazującego na korpusie N/F80 Nikona, lustrzanki która dalej mam w szafce ) Od początku jak zobaczyłem ten aparat wiedziałem że to sprzęt dla mnie i droga do uwolnienia się od filmu.

Całe zamieszanie które się wtedy uniosło w około fotografii cyfrowej wzięło się z tego, że cyfra pozwoliła większej liczbie osób na zabawę z fotografia bardziej na poważnie poprzez usuniecie elementu czysto mechanicznego jakim był proces manualnej obróbki negatywu. Jeżeli od lat siedziałeś w ciemni i poznałeś cały proces od podszewki to posiadałeś wiedzę której nie posiadał byle kowalski z lustrzanka w reku. Cyfra większość tego procesu usunęła z drogi, stąd cały raban. Ja natomiast nigdy nie miałem odruchu że to jeszcze za wcześnie na cyfrę, że jakość nie jest taka jak powinna. Teraz już tego nie ma ale swego czasu w każdej polemice na temat film vs cyfra przytaczano rozdzielczość pełnej klatki kodaka i mówiono jak to cyfra jeszcze nie dorasta. Proces obróbki filmu zawsze mi przeszkadzał a trochę tych negatywów przewinąłem w przeciągu kilku lat zanim przerzuciłem się na medium cyfrowe i mam kilka wniosków, no w sumie dwa. 

Pierwszy i najważniejszy jest taki, że najwięcej samej fotografii i fotografowania nauczyłem się używając cyfry. To cyfra nauczyła mnie na oko bez światłomierza ustawiać ekspozycje zdjęcia. To po cyfrze zacząłem pracować swobodnie w trybie M. Fotografia jak każde inne rzemiosło, wymaga wiele praktyki więc im więcej robimy zdjęć tym lepiej. Istotny jest tu też czas, im szybciej widzisz efekt naciśnięcia migawki w aparacie, tym szybciej jesteś w stanie nauczyć się zależności wynikających z wpływu odpowiednich nastaw czasów migawki/przesłony/iso/balansu bieli w aparacie. Rozumiejąc te części składowe, pozostaje ci już sama praca nad materiałem i swoją estetyką. Pamiętam że jak tylko dorwałem cyfrę, wkrótce poczułem się o wiele pewniej z aparatem. Bardzo szybko wyłączyłem też automatyczny podgląd po zrobieniu zdjęcia.  

Druga ważna sprawa, dla mnie przynajmniej, jest taka, że narzędzia mają nam służyć tak, by zjadały nam jak najmniej czasu i jak najmniej przeszkadzały nam w odbiorze finalnego wyniku czyli zdjęcia. A fotografia analogowa niestety bardzo się na tym aspekcie skupia.  Bardzo wielu analogowych majstrów, zamiast pokazywać i mówić o zdjęciach, gada o procesie kręcenia koreksem, o różnicach w procencie rozcieńczenia wywoływacza czy tym ile trzymać odbitkę w danej kąpieli wywołującej. Owszem to bardzo istotne dla finalnego efektu. Mój problem z tym jest taki ze tutaj często proces bierze górę nad samym zdjęciem.  To taki paradoks trochę, bo jak ktoś opowiada że siedział nad zdjęciem w fotoszopie godzinę to wszyscy chórem krzykną, dupa nie fotograf!, ale poświęć godzinę w ciemni żeby uzyskać ten sam efekt co w fotoszopie to wszyscy będą zbijać z tobą piątki. W jednym i drugim przypadku finalne zdjęcie miało swój początek w głowie fotografa, ale najwyrazniej umiejętne ruszanie suwakami w fotoszopie to nie to samo co nastawienie odpowiedniego czasu naświetlania odbitki i może odrobina dłuższa kąpiel co by zdjęcie trochę zszarzało.

Z pierwszego wniosku zdałem sobie sprawę wkrótce po przejściu na cyfrę. Była to szybka samorealizacja, coś na wzór tej sceny z Matriksa  Z drugiego wniosku zdałem sobie sprawę na studiach gdy pierwsze półtora roku to analog przewijał mi się chyba na każdych zajęciach a ja już zdążyłem dawno o nim zapomnieć.  To był całkowity powrót do przeszłości.  O ile samo fotografowanie analogiem było przyjemne, jak każde robienie zdjęć, o tyle przerażające było to, ile godzin musiałem poświecić na proces obróbki zdjęcia.  To ile razy pociąłem sobie palce nożyczkami ładując film po ciemku do koreksu ( ważne, dodając dwie kropelki krwi do wywoływacza, uzyskacie lepsze ziarno!) to nikomu nie zdradzę bo szkoda gadać. Niby człowiek powinien się już zaznajomić ale mi nigdy nie wychodziło. Pamiętam też momenty gdy moi koledzy po fachu z błyskiem w oczach przyglądali się właśnie pojawiającej się na papierze odbitce jakby to była jakaś magia voodoo a ja nerwowo spoglądałem na zegarek obliczając czy uda mi się jeszcze zrobić X ilość odbitek w najbliższe dwie godziny by mieć to już z głowy. O czekaniu na wysuszenie odbitek na tyle by zabrać je ze sobą nie wspomnę. Uważam że tłuczenie analogiem zdjęć czarno-białych a potem bawienie się w ich wywoływanie,  za dużo o robieniu zdjęć mnie nie nauczyło. To ma takie samo przełożenie na umiejętność fotografowania jak nauka robienia rosołu ma się do zostania kucharzem.

Do dziś mam mieszane uczucia gdy o tym myślę. Niby papier inny w dotyku, inaczej pachnie, ale to za mało. Bawienie się w robienie czerni i bieli to zabawa w dwóch wymiarach. Owszem, możesz nauczyć się zaawansowanych technik miejscowej korekty i poczuć się jak Ansel Adams, ale jak już wspomniałem, czerń i biel jest dwuwymiarowa. Równie dobrze możesz się tym pobawić w fotoszopie, nie  namachasz się tyle kartonikami pod powiekszalnikiem a efekt będzie ten sam. 

Jednak żeby nie było,  że jestem całkiem na nie z tym analogiem i ciemnią to powiem o czymś czego nigdzie nie widzę gdy mówi się o pracy na analogu a co tak naprawdę bardzo poprawia umiejętności i faktycznie robi z ciebie lepszego majstra fotografii. Chodzi o ręczny proces wywoływania kolorowej odbitki. Spędzenie pół roku w ciemni wywołując kolor da ci więcej umiejętności w pracy przy obróbce swoich prac niż kilka lat siedzenia w fotoszopie. Doprecyzowując, nie chodzi mi znowuż o sam proces mechaniczny tego jak wywołuje się takie odbitki a raczej o drogę  która się pokonuje ucząc się to robić.  

Cały proces bardzo trenuje oko w rozpoznawaniu i mieszaniu kolorów a wygląda mniej więcej, w wielkim skrócie tak, że wychodzisz z ciemni z odbitkami, wieszasz je na białej ścianie i oceniasz czystość kolorów, ich balans.  Raz za dużo cyjanu, raz magenty, tu zielone tam żółte. Im dłużej się przyglądasz tym więcej widzisz, ale zobaczenie to jedno, a korekta to drugie. Więc wracasz z taką odbitką do ciemni i sprawdzasz co zmienić by odbitka przestała być taka żółta albo np taka niebieska. Modyfikujesz naświetlenie odbitki odpowiednio usuwając trochę danego koloru lub go dodając naświetlając dłużej.  Do tego dochodzą miejscowe korekty. Niby ta sama technika co w czerni i bieli czyli miejscowe doświetlenie a zachowanie i efekt na zdjęciu zgoła odmienny. To co na czarno-białej odbitce zrobiło by ci się po po prostu ciemniejsze, na kolorowej oprócz ekspozycji może zmienić również kolor. Taka zabawa bardzo uczy umiaru w ręcznej korekcie. Zapełniłem tak kiedyś cały notatnik cyferkami ustawień powiększalnika. Najlepsze jest w tym to, że jak się raz nauczysz w ten sposób korygować kolor, to praca w edytorze cyfrowym działa na tej samej zasadzie.  Pamiętam że po takiej wielomiesięcznej sesji przestałem widzieć na zdjęciach obiekty, a zacząłem widzieć same składowe kolorów które się na nich znajdują. Śmiało mogę powiedzieć że przeszedłem całkowicie na fotografowanie w kolorze po właśnie takim spotkaniu z kolorową ciemnią. Każdemu polecam, raz że wytrenujesz swoje oko, a dwa, pozwoli ci to wypracować swój unikalny, autorski kolor. Problem jest tylko jeden, zabawa w ciemnie kolorową jest dosyć trudna, szkodliwa dla zdrowia jeśli nie mamy dobrej wentylacji i dosyć droga.