Hola LA! / by Konrad Jakubowski

Planując naszą wyprawę do LA zastanawiałem się jakie zdjęcia uda mi się zrobić. Zastanawiałem się trochę jaką dynamikę spotkam na ulicach. Nowy York, w sensie Manhattan, pod tym względem wymagał sprawnego oka i przewidywania bo tam kadry same rzucały się pod obiektyw, trzeba było być jedynie odważnym na tyle by je chwycić.

 

Kiedyś przez parę dni miałem okazje zobaczyć San Diego, fotografując zlecenie ślubne. wiec co nieco klimatów panujących w Kalifornii miałem okazje złapać. Z tym że San Diego oprócz ślubu, jednego wieczornego przyjęcia i kilku spacerów po mieście w zdjęcia dla mnie samego, się raczej nie obróciło. Ot kilka klatek, i do tego w stylu który był dla mnie na tyle nowy że nawet nie miałem gdzie tych zdjęć dać, więc wylądowały na Behance

Doba od przyjazdu i od razu pierwsza myśl, że LA to jednak nie Nowy York. Pierwsze co mnie zdziwiło, to brak wysokiej zabudowy. Ok, jest kilka wieżowców w samym centrum LA, ale nie ma zabudowy jaką pamiętam z NY. Pod tym względem LA mógłbym porównać nawet trochę do Warszawy, kilka wieżowców w centrum en dacyt. Drugie co odkryłem to to że LA samo w sobie to właśnie to malutkie centrum z tymi kilkoma wieżowcami a dookoła są miasteczka które tworzą gigantyczną miejską masę. Na mapie wygląda jakby miasto było ogromne, w rzeczywistości to masa miast połączonych ze sobą ulicami. Totalnie nie czaje czemu nie nazywają tego Greater LA, tak jak robią to w Nowym Jorku, bo Brooklyn i Queens to też osobne miasta/dzielnice, ale w LA nikt nie mówi że to LA tylko że to To i To.  

W Nowym Jorku wsiadłbym w metro, wysiadłbym gdzieś downtown, z buta doszedłbym do Uptown i miałbym pełną kartę zdjęć. W LA to zupełnie nie działa. Brak wysokiej zabudowy sprawia że w oczy rzucają ci się palmy, duże samochody i fastfoody. Co chwile chcesz zrobić zdjęcie to fakt, ale smartfonem. W pewnym sensie, jeśli chciałbym zrobić zdjęcia jak z NY, ale w LA to chyba bym się zdziwił. Może dotyka mnie jakieś fotograficzne zwielokrotnienie jażni, ale będąc tu mam ochotę na zdjęcia ala Gregory Crewdson czy nawet William Eggleston i na dodatek ciągle miałem przed sobą wizje z Grand Theft Auto V, co nie ułatwiało mi traktować LA jako poważnego tematu do fotografowania. Więc w skrócie, przyjechałem do LA  z nadzieją zrobienia streetu i nagle przestałem robić street jaki znałem. Na wybrzeżu za duży relaks, w downtown za gorąco i pustawo. To by wyjaśniało czemu np w Polsce nie robie streetu w Szczecinie, bezdomne psy i panowie w bramach to niezbyt odkrywczy temat na zdjęcia. 

To tyle z czystej fotograficznej filozofii. Pisałem że to jednak nie Nowy York, jakbym narzekał czy coś, ale nie, wcale, bo Kalifornia jest niesamowita. Piękna pogoda, uśmiechnięci ludzie. Nastraja pozytywnie i nawet trochę rozleniwia. To był Miesiąc fotografowania, pobijania naszego czasu na bieg 5 km i wegańskie jadło przez cały miesiąc. Takie dobre że prawie od niego przytyłem. Futrując się mięsem całe życie, autentycznie odgranicza się człowiek od smaków które są dostępne i które warto poznać. Każdemu polecam chociaż raz spróbować. Odstawić mięso, nabiał. No ale co ja tam miałem, bo z tematu trochę, ach tak, Kalifornia, to stan umysłu. Zapisałem sobie na liście rzeczy do zrobienia w życiu, - przeprowadzka na zachodnie wybrzeże. Obowiązkowo z turbodoładowana deskorolką na prąd. Casey Neistat style. 

Przyznam się że w połowie tego posta pisałem jeszcze w Lipcu, ale chillax był zbyt mocny aby go opublikować. Słońce za mocno świeciło mi w ekran. Opiszę to w kilku kolejnych postach, mam nadzieję że Tim Cook zaprezentuje nowe maki bo na laptopie zdecydowanie wygodniej się bloguję. Szkoda tylko że tak fatalnie obrabia mi się na nich zdjęcia.  

W skrócie, wdrapaliśmy się na górę co miała 3 tysiące metrów. Zobaczyliśmy największe drzewa na świecie. Przejechaliśmy rowerem prawie całe wybrzeże LA. Biegaliśmy pod górkę. I wiele innych rzeczy. Zdjęć zrobiliśmy tyle, że musiałem pożyczać dysk twardy aby je zabrać, a jak już wróciliśmy to musiałem kupić kolejny żeby je zgrać! Na dodatek zgrywanie zajęło mi dłużej niż trwała moja opalenizna, bo gdzieś do zeszłego tygodnia, więc post ląduje na bloga z lekkim poślizgiem. To dopiero pierwszy post, bo chciałbym kilka napisać i trochę zdjęć wrzucić, ale czas mnie nagli bo zaraz lecimy do Karpacza, gdzie przetestuje chodzenie z GoPro Hero 4+. Taki debiut kamerzysty amatora. Przez chwilę myślałem że może pisanie bloga to nie dla mnie i wideo blogowanie to przyszłość, ale potem spróbowałem zmontować wideo z Go Pro i zeszło i cały dzień więc jednak pisanie bloga jest mniej czasochłonne. Na dziś to tyle. Kolejne po weekendzie, tym kolejnym.